Ocena wątku:
  • 3 głosów - średnia: 3
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Wszystko i nic, czyli minaturki według Dev
Taka moja zabawa słowem zolzakaka2

NAZNACZENI


       Ocknął się w kałuży, znowu. Odkąd wylądował na tej zapomnianej przez Boga planecie miał wieczne kłopoty z wodą. Ten świat był dziwny. Jak w zegarku – przez tydzień piękna pogoda, słonecznie i sucho, a potem siedem dni deszczu, gradu, śniegu i im pochodnych. Kolonia była na skraju głodu, budowa kopuł ciągnęła się w ślimaczym tempie przez warunki atmosferyczne. Statki, którymi przylecieli, rdzewiały na prowizorycznym lądowisku, wybebeszone z każdej rzeczy, którą przybysze uznali za przydatną. Nie mogli liczyć na dostawy z Ziemi, po pierwsze za daleko, a po drugie każda kolonia z założenia miała być samowystarczalna.
        Wiedzieli, na co się piszą, to była podróż w jedną stronę. Porzucenie cywilizacji ze wszystkimi jej udogodnieniami, techniką i osiągnieciami niosło za sobą ziarno niepewności. W nowym miejscu zaczynali od zera, tylko z danymi zapisanymi na nieprzebranych kartach biblioteki. To było najświętsze miejsce, skarbnica wiedzy i historii ich wszystkich. Każda wyprawa miała w swoich szeregach naukowców, techników, rolników, a także prostych ludzi. Wszyscy zdrowi, bez mutacji genetycznych, zdolni do prokreacji. I jak w każdym społeczeństwie musiały być siły porządkowe. Trzystuosobowy kontyngent sił specjalnych dla zapewnienia bezpieczeństwa kolonii i niewielki oddział policyjny do rozwiązywania problemów wewnętrznych.
       Zauważyli pewną tendencję, w mokrym tygodniu nasilały się wszelkie objawy agresji. I to nie tylko u ludzi, także zwierzęta ogarniał amok. Profilaktycznie zażywali środki uspakajające, ktoś w tym całym porąbanym okresie musiał być w miarę opanowany. Zasoby lekarzy były jednak na wyczerpaniu, a wciąż nie mogli wyprodukować odpowiednich komponentów z miejscowej flory.
      Ostatnie miesiące były katastrofalne, jakby sama planeta postawiła sobie za zadanie pozbycie się intruzów. Do tej pory kończyło się na złamanych kończynach, potłuczonych głowach, musieli zabić kilka psów i kotów, teraz w każdą deszczową noc ginął człowiek.
      Pozbierał się z kałuży i zdezorientowany rozejrzał się wokół. Nie bardzo wiedział, gdzie jest, szukał jakichś znaków szczególnych. Po chwili poprzez strugi deszczu dostrzegł krzyż. Był w domu, to znaczy wiedział, gdzie się ocknął. Zawędrował aż do lądowiska, a patrząc na stan ubrania, nie szedł drogą, tylko przedzierał się przez chaszcze. Ukrywał przed współpracownikami zaniki pamięci i swoje tajemnicze wędrówki, nie przyznał się nawet lekarzowi. Sprawa pewnie trafiłaby przed komisję, to groziło wydaleniem ze służby, a nic innego nie potrafił robić. Z drugiej strony wiedział, że to zagrażało wszystkim, powinien pomyśleć o jakimś rozwiązaniu problemu.
         Westchnął ciężko, czekał go kilkukilometrowy spacer do osady. W butach chlupotała mu woda , wygodniej byłoby je zdjąć, ale to też nie był dobry pomysł. Zmusił się do pierwszego kroku i zamarł. W świetle księżyca, a ta planeta miała ich dwa, zauważył błyszczące oczy, coś się przyczaiło w krzakach. W tym okresie wszelkie zwierzęta, czy to te przywiezione z Ziemi, czy przedstawiciele rodzimej fauny były groźne. Stał i czekał na niechybną śmierć.
      Z poszycia majestatycznie podniósł się kot, a raczej koto podobne stworzenie wielkości kuca. Z gracją przypisaną temu gatunkowi podszedł i szorstkim językiem polizał go po twarzy, prawie zdzierając skórę. Mężczyzna czekał na kłapnięcie paszczy, więc ze strachu zamknął powieki. Nic takiego nie nastąpiło, więc je uchylił. Zwierzak siedział, poruszając ogonem w kałuży i szczerzył garnitur zębów w parodii uśmiechu.
       - Co jest? – zapytał kota, bo nic innego nie przyszło mu na myśl.
      Na dźwięk jego głosu istota stanęła przy jego boku i lekko popchnęła człowieka głową. Pierwszy krok, drugi, a potem jakoś poszło. W połowie drogi poczuł zaciskające się zęby na przedramieniu. Ze strachu o mało nie dostał zawału, a w gardle uwiązł mu krzyk. Kot z wielką siłą wciągnął go w las i, nie zwalniając uścisku, prowadził krętą ścieżką. Po pewnym czasie wyszli na tyły komisariatu, w którym mężczyzna pracował jako jeden z szeryfów. Uznał, że zaoszczędził jakąś jedną trzecią drogi, zwierzak puścił jego rękę i usiadł pod drzewem.
      - Dzięki – mruknął i odważył się poklepać kota po głowie.
 
     W budynku panowała cisza i mrok, niestety. Zdezorientowany chciał włączyć oświetlenie, ale żarówki rozbłysły, zamigotały i zgasły, oprócz jednej samotnej na końcu korytarza. Nie działało też ogrzewanie, więc zaczął dygotać w przemoczonym ubraniu. W swojej szafce miał zapasowe, a w zbrojowni mieli dodatkowe nieprzemakalne buty i obszerne peleryny. Idąc korytarzem, zastanawiał się, gdzie wszystkich wymiotło. Ktoś zawsze trwał na posterunku, a w „mokrym okresie”, jak to potocznie określali, obsada była potrajana. Przekroczył próg szatni i po raz kolejny zamarł. Wśród roztrzaskanych szafek, porozrzucanych ubrań i szczątków ławek leżały ciała komisarza i jego dwóch zastępców. Nie żyli, tego był pewien, żaden człowiek nie przeżyje dekapitacji. Zresztą głów nie było, tak samo jak krwi. Pociągnął nosem, starając się wyczuć zapachy, ale wszystko wydawało się być w normie. Cuchnęło mokrą odzieżą, tytoniem, starymi skarpetami i środkami dezynfekcyjnymi. Chciał krzyczeć ze wściekłości, ale w porę się powstrzymał. A co, jeśli zabójca dalej jest tutaj? Drgnął nerwowo, gdy z kąta dobiegł  szmer, jakby ktoś zmieniał niewygodną pozycję i niechcący o coś zawadził. Chętnie by uciekł, ale dało o sobie znać wyszkolenie i ludzka ciekawość. Z kabury przy biodrze wyciągnął pistolet, miał tylko nadzieję, że drzemka w kałuży go nie uszkodziła, na wszelki wypadek zabrał też kawał drewna. Może niezbyt efektywna broń, ale to zawsze lepsze, niż nic i można delikwenta w łeb palnąć. Powoli zbliżał się do narożnika, starając się robić jak najmniej hałasu i nie zasłaniać światła.
       - Kim ty jesteś? – wystękał, wpatrując się w może  dziesięcioletnią dziewczynkę.
      Długie rude włosy były w strąkach, ubranie porozrywane w paru miejscach, czymś poplamione. Zbliżył się bardziej, ale ona jakby chciała wbić się w ścianę i z nią zlać.
        - Nie bój się. – Chciał nadać głosowi cieplejszą barwę, ale zachrypiał jak kruk.
        Przyklęknął, odłożył kawałek drewna i zachęcająco się uśmiechnął, wyciągnął rękę, żeby pomóc jej wstać. Dziecko wbiło w nią przerażony wzrok, jakby to była jadowita kobra, a nie ludzka kończyna.
       - No chodź, nie bój się. Poszukamy twoich rodziców. – Starał się ją przekonać, choć jednocześnie myśli galopowały w głowie jak tabun spłoszonych koni.
        Nie wiedział, jak długo tak klęczał, ale było mu coraz zimniej, zaczął mieć dreszcze, nogi drętwiały od niewygodnej pozycji.
       - Ja jestem Ruben, a ty jak masz na imię? – Postanowił ostatni raz spróbować łagodnego podejścia, jak to nie pomoże będzie musiał wyciągnąć ją siłą.
       Wymamrotała coś pod nosem.
       - Powtórz, bo nie dosłyszałem. – Był to mimo wszystko jakiś postęp.
       - Alia.
       - Śliczne imię dla ślicznej dziewczyny. Wiesz, gdzie są twoi rodzice? – zapytał.
     Zaprzeczyła. Był w kropce, nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Mieszkańcy osady w mokrym tygodniu powinni raczej siedzieć w domach, tak było bezpieczniej. Dzieci miały bezwzględny zakaz opuszczania domostw, a zwierzęta były zamykane w osobnych pomieszczeniach. Coś złego działo się w czasie deszczu, coś, na co nie byli przygotowani i czego nie znali z rodzimej planety.
       Spojrzał kątem oka na współpracowników. Może nie byli przyjaciółmi, ale czuł się tak jakby stracił kogoś bliskiego.
       - Jak się tutaj znalazłaś? – Jednocześnie chwycił dziecko za ramię i postawił na nogi.
       - Nie wiem - odparła cicho.
       - Przecież musiałaś tutaj przyjść, pewnie z kimś dorosłym.
       - Nie – zaprzeczyła. – Bawiłam się w swoim pokoju i…
       - Tak?
       - Nie wiem. Potem zobaczyłam pana.
    Jeżeli to była prawda, nic dziwnego, że niezbyt mu ufała. Doskonale znał te stany dezorientacji, które następowały po odzyskaniu świadomości. Kiedyś ocknął się, wisząc za nogę na drzewie. Nie wiedział, jak tam się dostał, ale nie było w tym nic śmiesznego. Potrafił ją zrozumieć, w końcu to samo przeżywał.
       - Pamiętasz, gdzie mieszkasz?
       Skinęła głową, jakiś postęp.
       - Dobrze, chodź.
     Pociągnął ją za sobą. Starał się iść tak, żeby nie zauważyła ciał leżących na podłodze. Nawet nie wiedział, że wstrzymuje oddech, dopóki z głośnym świstem nie wypuścił go na korytarzu.
       - Poczekaj tutaj. – Posadził ją na krześle stojącym pod ścianą. – Ja zabiorę parę rzeczy i odprowadzę cię do domu.
     Zaglądał do każdego pomieszczenia, żeby sprawdzić, w jakim są stanie. Wydawało się, że wszystko jest na swoim miejscu, jakby miejscem tragedii była tylko i wyłącznie szatnia. Choć i to nie do końca. Mimo zwłok i zniszczeń brakowało tam krwi, jakby ktoś w amoku porozbijał przedmioty, a inna osoba podrzuciła bezgłowe ciała. Nie miał ochoty tam wracać po suche ubrania, żywił nadzieję, że któryś z kolegów zostawił jakąś odzież w mijanych pokojach. Znalazł wreszcie ją w gabinecie szefa, szybko rozebrał się do bokserek i z ulgą wciągnął suche rzeczy. Przemknął do zbrojowni i wyciągnął buty oraz pelerynę. Po chwili zabrał też dwa noże komandoskie, zapasowy pistolet, bo swojemu po kąpieli nie dowierzał, amunicję. Dołożył jeszcze dodatkowy płaszcz, choć wiedział, że na Alię będzie za duży, lepsza taka ochrona niż żadna.
       Z ulgą zanotował, że dziewczyna siedzi tam, gdzie jej kazał, choć bujała się na krześle w przód i w tył. Zapatrzona w jeden punkt, jakby to ją uspakajało. Pomógł jej się ubrać i naciągnąć kaptur, razem wyszli w deszcz.
       - Reine! – krzyknęła i dopadła do kotopodobnego stworzenia, które siedziało przed budynkiem.
        Nie dałby sobie głowy odciąć, ale wydawało się mu, że oczy zwierzaka zabłysły na niebiesko.
       - Znasz go?
     - Ją. To jest ona. Czasem się z nią bawiłam w lesie – odpowiadała z szybkością karabinu maszynowego. - Kiedyś nawet pozwoliła pojechać na swoim grzbiecie. Zawsze, gdy nie wiem, gdzie jestem, to ona się pojawia i zabiera mnie do domu.
        Podniosła głowę i spojrzała na niego, znów wydawało mu się, że widzi błękitny błysk, choć oczy dziewczynki były zielone.
       - Nie boisz się jej? – Zwierzę mu pomogło, ale strach pozostał.
        - Nie! Kocham ją. – Przytuliła się do futrzaka, a ten w zamian polizał ją po twarzy.
       - Odeślij ją – nakazał.
       Stworzenie wyszczerzyło zęby i położyło uszy po sobie. Z westchnieniem zrobił krok w tył i się poddał.
      Drugi, większy księżyc zaczął wędrówkę po niebie, oświetlając swym blaskiem okolicę. Wszystkie domy były ciemne, uliczne oświetlenie świeciło słabo, ledwie rozpraszając mrok. Z każdego zakamarka wyłaniały się cienie, zlewając z załamaniami budynków. Mżawka zamieniła się w deszcz ze śniegiem, powiało chłodem, a Ruben uzmysłowił sobie coś jeszcze. Jakaś groza przemieszczała się między kamieniczkami, ściskając jego serce w imadłach lęku.
       - Gdzie mieszkasz? –wkrztusił.
       - Przy Piątce.
       Kopuła numer pięć, tuż przy koszarach wojskowych. Prawie ukończona, zostały tylko drobne detale. W niej właśnie planowano założyć uprawę zbóż i warzyw okopowych, potrzebnych do wyżywienia osadników. Tam też, w jej pobliżu znaleziono pierwszą ofiarę, trzy miesiące wcześniej. Wypatroszoną, pozbawioną głowy i krwi. Ludzie się bali, przeklinali los, który ich sprowadził w ten zakątek kosmosu. Nie mieli jednak drogi odwrotu, tu był ich nowy dom – na dobre i na złe.
     Ofiary znajdywano zawsze na zewnątrz, leżały w wodzie i wyglądały jakby spały. Nic ich nie łączyło, ani rasa, płeć czy pochodzenie. Wprowadzono zakaz poruszania się w pojedynkę, spirala strachu sama się napędzała.
        Coś mu kazało wejść do pierwszego mijanego domu. Chciał zapukać, ale ledwie dotknął drzwi, te same się otworzyły. Buchnął w niego metaliczny odór krwi. Włosy stanęły dęba, miał gęsią skórkę. Gestem zatrzymał Alię, żeby za nim nie szła, przeczuwał, że z Reine będzie bezpieczniejsza. Wszedł do środka, choć wolałby nie, coś się jednak zmieniło w schemacie. Był ciekaw, czy będzie to miało związek z niewyjaśnionymi zgonami, czy mają w społeczności kogoś o morderczych zapędach. Pomacał ścianę, szukając kontaktu, przełączył i nic, dom nadał spowijały ciemności. Przeklął własną głupotę, mógł zabrać latarkę, ale nie pomyślał o niej. Nie uśmiechało mu się wchodzić na nieznany teren, no może nie tak do końca. Wszystkie domy postawiono modułowo, według jednego schematu, co jednak zrobili w nich mieszkańcy zależało od nich samych.
        Uderzył się w goleń o jakiś mebel stojący w przedpokoju, nie dość, że pobolewało go ramię od „czułego” uścisku kota, to teraz jeszcze noga. Machał rękami jak ślepiec, próbując wyczuć, co znajduje się na jego drodze. Zdał się na  pamięć, w końcu mieszkał w takim samym. Po lewej powinien znajdować się salon, smród też był mocniejszy z tej strony. Zauważył delikatną poświatę, jakby ktoś zostawił zapaloną świecę za załomem ściany. Z każdym krokiem stawała się silniejsza, jednak nie była biało-czerwono-pomarańczowa, ale błękitna. Rzadko spotykał się z takim płomieniem. Przyczaił się przy framudze i starał się dyskretnie zajrzeć do wnętrza, trzymając w wyciągniętej ręce przeładowany pistolet. O mały włos nie nacisnął spustu, ręce zaczęły niebezpiecznie drżeć. Odwrócił się i gwałtownie zwymiotował. Wciąż targały nim torsje, zgięty w pół starał się zrozumieć , co zobaczył. Mózg jednak nie chciał przyjąć tego, co zarejestrowały oczy.
        Odetchnął głęboko, starając się dojść do siebie i stawić czoło koszmarowi. Ostrożnie wszedł do środka i zaczął zachowywać się, jak przystało na policjanta. Obrzucił wzrokiem otoczenie, starając się zauważyć wszystkie szczegóły. W półmroku nie za bardzo miał szansę na sukces, ale nie miał zamiaru się poddawać. Na środku pomieszczenia leżała dwójka dzieci, nie potrafił rozpoznać jakiej były płci. Zmasakrowane ciałka, pozbawione oczu, uszu, genitaliów, z rozciętymi brzuchami i poderżniętymi gardłami. Morderca nawet pozbawił je włosów, jakby sprawiało mu to radość. Ich ciała lśniły niebieską poświatą, z każdą chwilą mocniejszą i bardziej przerażającą. Pod oknem leżała para dorosłych, potraktowana w ten sam sposób jak nieletni. Wszędzie rozbryzgana była krew, niemal w niej brodził,  podchodząc bliżej.
        Nagły trzask spowodował, że szybko się wycofał. Z niedowierzaniem obserwował, jak jedno z ciał unosi się kilka centymetrów nad podłogą,  wyginając w pałąk. Przez odór krwi wyczuł inny zapach, jakby coś się paliło. Instynkt samozachowawczy kazał mu uciekać, a on wolał tego nakazu nie ignorować. Kilkoma susami przemierzył korytarz, modląc się, żeby Alia nigdzie się nie oddaliła. W tym przeklętym miejscu byli chyba jedynymi żywymi istotami i nie chciał tracić towarzyszki, a nawet tego przebrzydłego kota.
Dziewczynka siedziała na huśtawce w parku po przeciwnej stronie ulicy, Reine rozłożyła się na ławce stojącej obok. Chciał krzyczeć, żeby uciekały, ale nagły wybuch przewrócił go na ziemię, wyciskając z płuc resztę powietrza. Poczuł okropny żar, tak jakby ubranie zaczęło się palić. Przewrócił się na plecy, chcąc ugasić płomienie i przyglądał się budynkowi. Z wysiłkiem usiadł i dziękował za deszcz, który chłodził poranioną skórę.
        - Co się stało? – Alia stanęła przy nim, z fascynacją przypatrując się płomieniom. Cholernym niebieskim płomieniom.
         - Nie wiem – przyznał się. – Coś mi kazało uciekać i chyba dobrze zrobiłem.
       Z wysiłkiem wstał, czuł się coraz gorzej, obolały, poraniony, mokry i zły. Coś bardzo złego działo się w osadzie i miał dziwne przeczucie, że jak wreszcie uda się rozwiązać tajemnicę nie będzie szczęśliwego zakończenia.
      - Chodź, poszukamy twoich rodziców. – Wziął ją za rękę.
      Przestał wierzyć, że ich znajdzie. Zło, które wciąż krążyło wokół nich chyba dzisiejszej nocy postanowiło zakończyć zabawę w ciuciubabkę. Szybko ruszyli w kierunku Piątki, nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć, że stworzenie podąża za nimi. Dziewczyna wyrwała dłoń i dosiadła Reine.
       - Musimy się pospieszyć. – Głos miała zmieniony, a oczy rozbłysły błękitem.
       Wcale mu się ta zmiana nie podobała, ale kiedy domy zaczynały płonąć jeden po drugim, przestał nad tym dumać. Kot zaczął biec, a on za nim. Co chwila słyszał za sobą wybuchy i przez zmęczony mózg przebiegła  myśl, że w każdym budynku znalazłby pewnie kolejne zmasakrowane ciała w kałużach krwi. Jedno jednak nie dawało mu spokoju, bezgłowi współpracownicy w komisariacie, nijak nie pasowali do układanki.
       Piątka stała po zachodniej stronie osady. Zanim zamajaczyła w ciemnościach zdążył się zmachać jak koń po westernie, nie mógł jednak się zatrzymać, groziło to śmiercią. Byli prawie przy kopule, kiedy wyleciały w powietrze koszary, jakby ktoś podłożył ładunki wybuchowe. Zostali obrzuceni gruzem i szczątkami żołnierzy, Ruben oberwał w twarz oderwaną nogą jakiegoś komandosa. Wzdrygnął się i zachwiał, o mało znów nie wylądował w kałuży.
      - Alia, stój! – Zawołał ze wszystkich sił. – To nie ma sensu, my nie mamy gdzie się ukryć.
       - Chodź, już niedaleko – odkrzyknęła głosem dorosłej osoby.
      Kot prowadził ich do wnętrza kopuły. Budowla była olbrzymia, pokryta panelami magazynującymi światło i przygotowana pod zasiewy. Teraz lśniła blaskiem, upiornym błękitem, który już zdążył znienawidzić tak samo jak deszcz. Nie bardzo miał ochotę wchodzić do środka, choć dziewczyna już zniknęła we wnętrzu budynku. Jednak kiedy znów oberwał w plecy częścią ciała jakiegoś nieszczęśnika, wkroczył na nieznany teren.
        W samym centrum stał kamienny podest. Na początku budowy, kiedy postawiono szkielet, pozwolono mieszkańcom zapoznać się z tym miejscem, nie przypominał sobie jednak, żeby on tam wtedy był. Alia z Reine stały przed nim, wpatrując się w wielką misę stojącą na nim. Podchodził powoli, czuł się nagi bez broni, ale w czasie szaleńczego biegu gdzieś ją zgubił. Przypomniał sobie o nożach, jeden po chwili dzierżył w dłoni. Czuł krew, dużo krwi, ale nie widział żadnych ciał. Nerwowo rozglądał się wokół, ale był tylko on, dziecko i kot. Stanął obok nich i upadł na kolana. Z daleka nie widział dobrze, myślał, że to jakieś ozdoby, ale z tej odległości rozpoznał głowy. Zaginione części cała stróżów prawa, ale nie tylko. Stały w dwóch rzędach, niema parodia gwardii honorowej, jakieś pięćdziesiąt czerepów. Wszystkie z przerażeniem wymalowanym na zastygłych obliczach. W misie, kotle, nie wiedział, co to jest dokładnie, coś bulgotało, choć nie widział żadnego ognia pod naczyniem. Pociągnął nosem i już wiedział. Krew.
      W pierwszym momencie nie rozumiał, co się dzieje. Ziemia zaczęła drżeć, jakby było trzęsienie, panele lekko dzwoniły, ocierając się jeden o drugi. Obejrzał się za siebie i nagle okazało się, że nie są już sami. Wokół materializowały się świecące na błękitno postacie. O wiele wyższe od ludzi, z głowami różnorakich zwierząt i to takich, których nigdy w życiu nie widział. Niektóre miały cztery kończyny, inne sześć, a nawet i osiem, długie i pewnie ostre pazury drapały niespokojnie ziemię, a kły ociekały krwią.
„Nasza królowa postanowiła was oszczędzić. Alia zostanie jej następczynią, a ty będziesz jej obrońcą.”
        Głowa mu zaczęła pulsować bólem od głosu rozlegającego się w jej wnętrzu.
         - Kim jesteście?
        „Czy to ważne? Znajdujecie się na naszej ziemi, w naszym świecie i musicie się podporządkować panującym tutaj zwyczajom i porządkom.
         - Ale dlaczego my?
         „Dlaczego tylko wy przeżyliście? Bo tylko wy dwoje jesteście naznaczeni błękitem.”
        - Czym? – Dalej nie rozumiał, choć starał się połączyć uciekające mu wątki.
        „PRZYPOMNIJ SOBIE.
        Jakby ktoś zdjął mu przepaskę z oczu. Przypomniał sobie wszystko, co działo się w czasie zaników pamięci. Widział siebie, jak spogląda w lustro, a oczy płoną błękitem; jak krąży po okolicy w towarzystwie tych niebezpiecznych stworów. Wzdrygnął się, gdy uświadomił sobie, że to on osobiście pozbawił głów te wszystkie osoby, a Alia zbierała ich krew w specjalne naczynie. Zacisnął palce na trzymanym nożu i zastanawiał się, czy zdoła popełnić samobójstwo.
        „To nic ci nie da. Za każdym razem ożywimy cię. Masz służyć naszej przyszłej królowej.”
         - Pokaż się! – Nie wytrzymał.
        Tłum rozsunął się na boki i w jego stronę zaczął sunąć najbardziej przerażający stwór jakiego widział. Cały we krwi, z ludzkimi wnętrznościami w formie ozdób, w koronie z dziecięcych oczu. Rzucił w niego nożem, ale ten tylko się odbił.
        - Przestań. – Alia wsunęła swoją dłoń w jego. – Zdenerwujesz królową.
        - Ciekawe, gdzie ona jest?– Jego głos ociekał sarkazmem.
        Dziewczyna zaczęła się śmiać, jakby opowiedział najśmieszniejszy dowcip świata.
        - To przecież Reine, to ona jest królową – tłumaczyła jak niedorozwiniętemu.
       Spojrzał przez ramię na kotopodobne stworzenie, które chłeptało bulgoczącą krew. Wbiła w niego przerażająco błękitne ślepia, mógłby przysiąc, że uśmiechnęła się wrednie.
     Został skazany, bez sądu, ławy przysięgłych i procesu, za grzechy, których nie popełnił. Był naznaczony, był żądnym krwi potworem. Poddał się, nie miał siły walczyć, nie miał dla kogo. Pozwolił, żeby błękit przejął nad nim kontrolę.
                                                                        *** 
 
     Wysoko w atmosferze krążył statek zwiadowczy. Skanował powierzchnię, szukając miejsca do lądowania dla osadników. Co prawda w archiwach ziemskich znajdowała się adnotacja, że na tę planetę już wysłano kolonistów, mimo to wydawała się niezamieszkana. Nic też nie wskazywało, że kiedykolwiek lądował tutaj statek międzygwiezdny.
      Na powierzchni pojawiała się i znikała błękitna poświata. Królowa Alia stała i z nadzieją wpatrywała się w niebo, jej poddani wreszcie nasycą się krwią i energią tych istot. Może znajdzie wśród nich swoją następczynię? Następną naznaczoną, oraz jej strażnika?
 
Cytuj

Ten temat zawiera więcej treści.
Aby uzyskać dostęp do reszty treści zaloguj się lub zarejestruj.




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości