Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
OBCY PTAK
Ten tekst jest za długi, żeby wrzucić go do minaturek, dlatego zakładam dla niego nowy wątek tease2. Mam nadzieję, że nikt mnie za to nie zlinczuje  boisie

Rozdział 1

    Las ubierał się już w jesienną szatę. Czerwienie, żółcie, rudości przeplatały się ze sobą, zagłuszając nieśmiałe zielone akcenty. Wydawało się, że cywilizacja nie dotarła do tego miejsca. Brakowało śladów bytności człowieka, zwierzęta były ufne i nie uciekały przed przypadkowymi spotkaniami z dwunożnymi drapieżnikami.
Szelest opadłych liści pod stopami pozwalał choć na chwilę oderwać się od problemów. Znałam każdą ścieżkę i drzewo na swej drodze. Często wymykałam się z domu, żeby pobyć z daleka od wszystkich. Potrzebowałam tego jak świeżego powiewu wiatru na twarzy, jak łyku zimnej wody, jak czułych objęć matki. Kopnęłam w stertę liści, a spod niej wychynął jeż i rzucił się do ucieczki. Przez chwilę go obserwowałam, też chciałam tak zrobić. Zerwać się do biegu i zniknąć w oddali, zaszyć się gdzieś, gdzie nikt mnie nie znajdzie.
W połowie czerwca, razem z Ronem i Markiem, zdaliśmy egzamin General Educational Development, który otwierał nam drogę do dalszej edukacji. Chciałam iść na studia, tak bardzo tego pragnęłam. Zawsze interesowała mnie sztuka i chciałam uczyć się malarstwa. Postanowiono jednak za mnie.
Zaczęłam szkolną karierę w wieku pięciu lat, dwa lata wcześniej niż moi kuzyni. Trafiliśmy do jednej klasy. Nie wiedziałam, dlaczego tak bardzo moim dziadkom na tym zależało, żebyśmy chodzili razem. Dopiero z czasem dowiedziałam się, że babcia specjalnie skróciła moje dzieciństwo. Potrzebna była mi ochrona kogoś, kto wiedziałby jak mnie kontrolować. Ron i Marek pilnowali, żebym nie zrobiła niczego głupiego. A byłam do tego zdolna.
Przeżyłam szok, kiedy pierwszy raz się przemieniłam. Było to po ostrej sprzeczce z Terry, która mnie urodziła. Nigdy nie nazywałam jej matką, nie potrafiłam się do tego przekonać, nie po tym jak mnie traktowała. Jak największe zło świata, jak coś, co trzeba zabić. I mówię to z niejako autopsji, próbowała dwa razy, ale na szczęście zawsze gdzieś w okolicy był ktoś, kto mnie obronił. Potem sama się tego nauczyłam. Wykrzyczała mi w twarz, że powinnam zdechnąć jak pies gdzieś w rowie, jakby wiedziała, kim jest mój ojciec, to zabiłaby mnie już w swoim łonie. Nie byłam godna stąpać po tej samej ziemi co ona i Bianka, moja doskonała siostra. Uciekłam po wszystkim do lasu i krzycząc wniebogłosy zamieniłam się w coś... innego.
Najpierw poczułam jak coś się dzieje z moimi dłońmi. Krótko przycięte paznokcie zamieniły się w pazury jak u dzikiego zwierza. Z niedowierzaniem uniosłam je na wysokość oczu. To już nie były moje ręce. Coś dziwnego działo się z całym ciałem. W ustach poczułam nacisk, uchyliłam je i niezgrabnie dotknęłam przedramieniem warg. Coś ostrego ukuło skórę.
Myślałam, że oszaleję. Przekradałam się do domu dziadków, żeby tylko nikt mnie nie widział i wpadłam do swojego pokoju. Nad komodą wisiało lustro. Wiedziałam, że jestem „inna", zawsze to wiedziałam, ale spoglądając w zwierciadło widziałam... Sama nie wiedziałam, czym się stałam. Skóra na twarzy napięła się zniekształcając rysy i nadając im ostrości, oczy płonęły bursztynem. Uszy zmieniły kształt. Odgarnęłam włosy, żeby im się przyjrzeć. Wydłużyły się i stały szpiczaste na końcach. Z ust wystawały najprawdziwsze kły. Padłam na kolana i wyjąc starałam się zdrapać tę obcą twarz.
Poczułam jak ktoś mnie obejmuje i siłą odrywa dłonie od policzków, odciągając pazury, żebym sobie nie zrobiła krzywdy. Wyczułam całą mieszankę zapachów - potu, perfum, pudru. Babcia z całej swojej mocy trzymała mnie w ramionach. Przytuliłam twarz do jej bluzki i wybuchłam płaczem. Łzy zalewały delikatny jedwab, nie potrafiłam się powstrzymać.
- Izzy, kochanie, uspokój się.
- Ja... ja... jestem... potworem – wyjąkałam.
- Nie! – odrzekła z mocą. – Nie jesteś potworem.
Ujęła moją twarz w dłonie i spojrzała w oczy. Nie widziałam w jej spojrzeniu odrzucenia, czy szoku, tylko miłość. Kochała mnie, tak samo jak dziadek. To oni zapewnili mi dom i bezpieczne dzieciństwo. Nie, nie pomyliłam się. Oni zawsze mnie chronili i akceptowali taką, jaką byłam.
- Myślałam, że masz jeszcze trochę czasu. – Westchnęła ciężko staruszka i podniosła się z kolan ciągnąc mnie za sobą. – Musimy poważnie porozmawiać, musisz zrozumieć, kim jesteś.
I tak się nie dowiedziałam, kim niby jestem. Nawet kiedy zapytałam ją o to wprost, nie odpowiedziała. Tłumaczyła coś o krwi i pochodzeniu, ale niczego konkretnego nie mówiła. Wkurzałam się i zagryzałam wargi, ale była nieugięta. Do niektórych faktów, według niej, musiałam dojść sama. Nie wszystko zrozumiałam z tego co mi opowiadała, ale po tym zdarzeniu wiele rzeczy się skomplikowało. Przede wszystkim w szkole. Zrobiłam się jeszcze bardziej niż zwykle drażliwa, byle drobiazg potrafił mnie wyprowadzić z równowagi. Ron i Marek nie spuszczali ze mnie wzroku i pilnowali jeszcze bardziej, niż do tej pory.
W domu nie było lepiej. Hamowałam się przy Biance, a reszta znosiła moje złe humory ze stoickim spokojem. Dziadkowie nie dawali się wyprowadzić z równowagi, kuzynowie obracali wszystko w żart i zmuszali do wysiłku fizycznego. Jednego popołudnia, a byłam szczególnie zła, wmanewrowali mnie w rąbania drewna. Zwykle było to ich zadanie, ale wymachiwanie siekierą w dziwny sposób mnie uspokoiło. Obserwowałam jak przede mną rośnie sterta szczap.
- Wiesz, że będziesz musiała to jeszcze poukładać? – Ron wolał wołać z daleka, w końcu miałam w dłoniach ostre narzędzie. – Nie zapomnij!
- Jeszcze czego? – wrzasnęłam. – Sami to poukładacie.
- O co znowu ta awantura? – Wujek Peter wyszedł ze stajni, prowadząc za uzdę Star. – Konie płoszycie tymi wrzaskami.
- Nie dość, że za nich odwaliłam robotę, to jeszcze każą mi posprzątać. – Podeszłam do klaczy i przytuliłam się do jej napęczniałego brzucha. – Ile jej czasu zostało? – zapytałam.
- Jakiś tydzień. – Uśmiechnął się szeroko. – Tylko, Izzy... - zawahał się. – Tym razem nie powinnaś być w czasie źrebienia, nie wiadomo co może się stać.
- Boisz się. – Stwierdziłam.
- To też – przyznał. – Nie panujesz nad przemianami, więc nie powinnaś być przy porodzie. Nie wiem, jak to podziała na ciebie, a jeżeli się zmienisz, to Star może zacząć wariować. Nie chcę nikogo stracić.
Kiwnęłam głową. Zrobiło mi się przykro, ale z drugiej strony doskonale go rozumiałam. Spuściłam głowę i wróciłam do domu. W pokoju rzuciłam się na łózko i rozpłakałam gorzko. Poduszka bardzo szybko nasiąkła łzami.
Jedynym plusem tej sytuacji było, że odkąd zaczęłam się przemieniać, Terry unikała mnie jak ognia. Starała się nie wchodzić mi w drogę. Choć wiecznie czaiła się gdzieś w cieniu, żeby znienacka spróbować wbić nóż w plecy. Zrozumiałam jednak jedno, nie mogłam dłużej zostać w domu, musiałam odejść.
Wydarzenia te miały miejsce rok wcześniej. Moja pierwsza przemiana była szokiem, przede wszystkim dla mnie. Nikt z moich bliskich tak nie potrafił i to mnie przerażało. Reszta spodziewała się tego, ale myśleli, że jak będą mnie otaczać kokonem ochronnym odwlecze się ono w czasie. Zostały mi po niej dwie blizny, ciągnące się od brwi przez policzki, aż po żuchwę. Powinnam opuścić Ziemię, ale żeby rodzina nie miała kłopotów prawnych najpierw musiałam skończyć edukację. W końcu ktoś by się zainteresował nastolatką, która znikła w ostatnim roku szkoły. I oczywiście o jakiejś dalszej edukacji na uczelni mogłam sobie tylko pomarzyć.
Dziś miałam opuścić to miejsce, dom, który znałam. Bywały różne chwile, dobre i złe, choć ciążyło na mnie piętno „inności" miałam w miarę szczęśliwe dzieciństwo. Dzięki dziadkom. Oni byli moją ostają, kiedy Terry mnie odrzuciła. Przez wiele lat starałam się zasłużyć na jej miłość, ale moja matka nigdy mi jej nie okazała. Przelała ją całą na Biankę, kiedy ta się urodziła. Także kochałam to dziecko, ten jasny promyczek, który swoim istnieniem zapełnił lukę w sercu.
Teraz to wszystko miało się skończyć. Najgorsze jednak było nie samo opuszczenie Ziemi, ale to, że moja młodsza siostra znikła. Kilka tygodni wcześniej, po prostu rozmyła się w porannej mgle i nigdzie nie mogliśmy jej znaleźć. Wysłannicy z Perthin zaoferowali pomoc, ale niestety Terry się nie zgodziła. Uznała, że żadne „dziwolągi" nie będą szukać jej dziecka. Wszelkie służby przetrząsały okolice w poszukiwaniu sześciolatki, ale ta zapadła się jak kamień w wodę. Przez szereg dni w jej domu mieszkało kilku szeryfów, którzy monitorowali postępy, ale nic im nie udało się ustalić. Chciałam zostać zanim się nie znajdzie, ale niestety nie pozwolono mi na to. Przeprowadzka była przygotowywana i omawiana od roku, od czasu kiedy okazało się, że nie mogę zostać na Ziemi. Nie mogłam całe życie ukrywać się w lasach, choć było mi tutaj tak dobrze. Czy się bałam? To za mało powiedziane, byłam przerażona.
- Izzy! IZYDORA!
Przez gęste krzaki przedzierał się wujek Peter. Był niewiele starszy ode mnie, jakieś pięć lat, właściwie to był ciotecznym wujkiem, synem brata dziadka. Cała rodzina mieszkała razem, poza kilkoma osobami, które wyniosły się do miasta. Nie z własnego wyboru, miały tam ważną pracę do wykonania.
- Chodź już. – Złapał mnie za rękę. – Musicie się zbierać, statek nie będzie czekał na jedną panienkę.
- Peter, boję się – wyszeptałam.
Wziął mnie w ramiona i mocno przytulił, a ja pozwoliłam sobie wreszcie na łzy.
- Wszystko będzie dobrze. – Uspakajał mnie. – Nie należysz do tego miejsca, jesteś kim więcej niż zwykłym człowiekiem i w pewnym momencie my przestaniemy ci wystarczać.
- Wiem, ale i tak... A co z Bianką? A jak się nie znajdzie? Albo – zawahałam się – nie żyje?
- Na pewno nic jej nie jest. Znajdziemy ją.
Wiedziałam, że stara się mnie uspokoić, ale i tak to zniknięcie będzie tkwić zadrą w sercu. Dałam jednak się poprowadzić w kierunku domu. Byłam już spakowana, całe moje dotychczasowe życie zmieściło się w niewielkim plecaku. Pewnie, z miłą chęcią zabrałabym całą biblioteczkę dziadka, ale nie mogłam.
Przed gankiem domu dziadków stało dwóch archaniołów. Wysocy, potężnie zbudowani. Poza tym różnili się od siebie, jeden był blondynem o jasnej karnacji i niebieskich oczach, drugi czarnoskóry z tak ciemnymi oczyma, że tęczówka zlewała się ze źrenicą. Kolor ich piór też nie był nawet podobny. Śnieżnobiały i złotawy. Wbici w skórzane czarne spodnie i białe koszule. Zawsze zastanawiałam się jak oni przekładają skrzydła, czy mają jakieś nacięcia na plecach. Widziałam jak latają i to mnie fascynowało. Nigdy nie było im zimno, może to zasługa piór?
- Jesteś gotowa? – zapytał ten ciemny.
Niby się przedstawili, ale ja nie zapamiętałam, jak któremu na imię. Starałam się spędzać jak najwięcej czasu z bliskimi, w końcu odlatywałam z tej planety, a nawet z układu planetarnego. Perthin był położony o kilkanaście lat świetlnych dalej, w głębi Drogi Mlecznej. Bałam się tej podróży.
- Pożegnam się i wezmę rzeczy – burknęłam.
Pędem ich minęłam i wbiegłam na piętro. W moim pokoju, na łóżku, siedziała babcia. Mimo upływu wciąż była piękną kobietą, choć stresy i kłopoty wyryły się na jej twarzy siatką zmarszczek. Nigdy nie widziałam jej bez misternie upiętego koka, a spodnie uznawała za wymysł szatana, choć wątpię, że on w tym maczał palce. W dłoniach trzymała niewielką szkatułkę, w którą wbiła wzrok. Opadłam obok niej i dałam się zamknąć w ramionach. Skrzynka boleśnie wrzynała mi się w plecy, ale wolałam nie przerywać tego uścisku. Łzy same zaczęły płynąć, nie potrafiłam opanować szlochu i drżenia ciała.
- No, już, już – usłyszałam jej ciepły głos. – Słoneczko, nie płacz.
- Boję się – wyznałam.
- To normalne. Nie mamy jednak wyboru, tutaj się tylko marnujesz. Odkąd się urodziłaś, w tym dziwnym miesiącu dwóch pełni, wiedzieliśmy, że masz inne przeznaczenie niż my.
- Babciu, to bez sensu. – Usiadłam prosto i rękawem wytarłam nos oraz oczy. – Wiem, że jestem jakaś inna, ale wielu jest takich ludzi.
- Nie – zaprzeczyła. – Ty jesteś unikatowa.
Pogłaskała mnie po głowie, bawiąc się końcówkami włosów. Kochała mnie bezgranicznie i nigdy nie odrzuciła. Nawet wtedy, kiedy byłam krnąbrną i wredną dziewuchą.
- Idź się umyć i chwilę jeszcze porozmawiamy. Potem pożegnasz się z resztą i naprawdę musicie ruszać. Tybal i Martes są cierpliwi, ale tylko do czasu.
W łazience umyłam twarz zimną wodą, żeby doprowadzić się do porządku. Spojrzałam w lustro i nie poznałam dziewczyny po przeciwnej stronie. Ciemnoblond włosy potargane, jakby wściekła wrona chciała sobie w nich uwić gniazdo, zaczerwienione zielone oczy, krzywy nos, który złamał mi Ron w czasie jakiejś kłótni. I dwie blizny odznaczające się na bladej skórze. Szybko uczesałam się, związałam w koński ogon loki i z półki zgarnęłam resztę kosmetyków.
W pokoju babcia gładziła zdjęcie stojące na komodzie. Wydawała mi się taka krucha i niepozorna. Ja byłam niska, ale już ją zdążyłam przerosnąć.
- Chcę ci dać kilka prezentów. – Odwróciła się, kiedy usłyszała kroki. – Tego użyj tylko w razie największej konieczności.
Na dłoni leżało niewielkie puzderko, takie jak na biżuterię. Wydawało się wiekowe, pokrywała je patyna i jakieś znaki.
- Zawsze noś je przy sobie.
Położyła mi dłonie na głowie i coś zaczęła szeptać. Starałam się skupić, ale nie potrafiłam. Za każdym razem kiedy wydawało mi się, rozumiem słowa umysł ogarniał mrok, albo gruba warstwa waty.
- Ba...bciu? – zająkałam się.
- Będziesz wiedzieć, kiedy użyć to, co ci przekazałam.
Usiadła na łóżku i poklepała miejsce obok. Położyła na kolanach szkatułkę. Z namaszczeniem ją otwarła i nieśmiało kazała zajrzeć do środka. Na niebieskim materiale leżała para sztyletów. Wydawały się ciężkie, masywne, jednak kiedy wzięłam jeden w dłoń był lżejszy od piórka. Machnęłam kilka razy nim na próbę, ze świstem zataczając kręgi. Nie wiedziałam z jakiego materiału są zrobione, wydawały się takie... nieziemskie. Dobrze leżał w dłoni, jakby był stworzony specjalnie dla mnie. W środku był też zwinięty w rulon pergamin i trzy flakoniki. Każdy sam w sobie był dziełem sztuki. Ostrożnie wzięłam do ręki ten z błękitną zawartością. Smukła buteleczka ze szkła, opleciona ornamentem z tego samego materiału co kindżały. Podniosłam tak, żeby promienie słoneczne padające przez okno prześwietliły treść. Chciałam go odkorkować, ale zatrzymała mnie ręka babci.
- Nie tutaj. One także nie należą do tego miejsca. Tak jak ty, mają inne przeznaczenie.
- Nic z tego nie rozumiem – odparłam wkładając z powrotem sztylet do skrzynki. – One tutaj nie należą, ja też, więc gdzie jest nasze miejsce? – Spojrzałam na nią.
- Znajdziesz je, kochanie. – Ujęła moją dłoń i mocno uścisnęła. – Nie mogłam cię bardziej przygotować, bo złamałabym zasady. Dostałam wytyczne, których musiałam się trzymać.
- Wytyczne? – Zaczęłam się denerwować. – Czy ty od początku wiedziałaś, że będę musiała opuścić Ziemię?
- To twoje przeznaczenie, wszystko zostało pieczołowicie zaplanowane. – Wyjęła ze szkatułki pergamin i rozwinęła go. – Na razie jeszcze nie zrozumiesz tego tekstu, jego treść objawi się w stosownym momencie, ale zostałaś powołana do życia właśnie ze względu na ten kawałek papirusu.
Spojrzałam na kartkę. Wydawała się bardzo stara. Pismo było pochyłe, litery stylizowane, a język zupełnie obcy.
- Co to jest? – zapytałam. – Wyrok na mnie?
- To cel twojego życia. Pokładamy w tobie duże nadzieje, mam nadzieję, że zdołasz sprostać oczekiwaniom. – Zwinęła z powrotem pergamin i zawiązała na nim czarną wstęgę. – Jesteś moją wnuczką, co daje ci pewne... przywileje.
- Nigdzie nie lecę – postanowiłam nagle. – Czuję się jakbym wcale nie miała własnej woli, a ktoś mną sterował.
- Izzy musisz, od ciebie wiele zależy. – Zamknęła ze złością szkatułkę. Pierwszy raz widziałam u niej taką emocję. – Masz własną wolę i będziesz dokonywać własnych wyborów. To kim jesteś, kim w końcu się staniesz, da ci takie moce i możliwości, za które niejeden by zabił. Pamiętaj, że cię kocham. Jakbym mogła, gdybym tylko potrafiła, zmieniłabym wiele rzeczy, żebyś mogła tutaj zostać. Jednak tego nie potrafię.
Pocałowała mnie w czoło, a ja czułam, że zaraz się rozpłaczę.
- Czas już na ciebie, dziecinko – wyszeptała przy mojej skórze. – Idź się pożegnać.
- To jest zły pomysł – wyszeptałam przez zaciśnięte zęby.
- Wszystko się ułoży, dziecko. – Starała się mnie pocieszyć. – Może teraz to wszystko wydaje ci się strasznie zagmatwane i nielogiczne, ale z czasem sytuacja się wyklaruje. Pamiętaj tylko, żeby dobrze dobierać przyjaciół i sojuszników, bo w przyszłości będą ci potrzebni.
Jak zwykle powiedziała dużo i nic. Zasiała w sercu iskrę niepokoju i zaczęłam jeszcze bardziej się bać. Tak jakby nad głową wisiał mi miecz, który w każdej chwili mógł spaść i mnie uśmiercić.
- Już czas. – Wstała i wyciągnęła dłoń. – Pożegnaj się ze wszystkimi i w drogę.
Tego najbardziej się bałam, pożegnania. Nie chciałam widzieć się z Terry, walczyć w tym dziwnym dniu z jej nienawiścią i tak dalej. Jej niechęć do mnie rekompensowała miłość dziadków. Czasem ją obserwowałam, jak zajmuje się Bianką, jak z małą się śmieje, bawi. Tego właśnie mi brakowało przez całe dzieciństwo, poczucia przynależenia do niej. 
Cytuj

Ten temat zawiera więcej treści.
Aby uzyskać dostęp do reszty treści zaloguj się lub zarejestruj.




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości